M e n u

  Stowarzyszenie
  » home
  » news
  » aktualne
  » wpisy
  » chat
  » kontakty
  » w mediach
  » co sądzisz...
  » tapety
  » bannery

  Powietrze
  » paralotnie
  » spadochrony
  » lotnicze

  Woda
  » wodne

  Ziemia
  » naziemne

  Paraturystyka
  » St. Hilaire
paralotnie



G a l e r i a
Powiększ! Powiększ! Powiększ! Powiększ!
Powiększ! Powiększ! Powiększ! Powiększ!



Maciej Weryński "Ludwik"

 Z   b u t a m i   n a d   W ł o c h a m i

     Pod koniec października Jarek Strzałka i Maciek Kopacz (instruktor I klasy) i ja wybraliśmy się do Semonso we Włoszech, znanego jako Bassano Del Grappa. Maciek jechał tam po raz kolejny, więc mieliśmy sprawdzonego przewodnika. Wyjechaliśmy w nocy, około 24.00, a na miejscu byliśmy około 16.00 — z małym postojem na spanie w Austrii.
     Semonso przywitało nas piękną słoneczną pogodą. Wydawać się może, że o tej porze roku pogoda jest nie najlepsza, ale nie tutaj! Łagodny klimat śródziemnomorski nastraja pozytywnie. Temperatury w dzień wahały się w okolicy 20 stopni w cieniu. Dolomity, to wymarzone miejsce dla paralotniarzy i lotniarzy. Po przybyciu na miejsce od razu pojechaliśmy zobaczyć okolicę. Miasteczko nie przypomina zatłoczonego, hałaśliwego kurortu wypoczynkowego. Raczej jest to spokojna malutka miejscowość ze starymi zabudowaniami z szarego wapienia i pięknymi zielonymi winnicami. Ludzie tutejsi są przyjaźnie nastawieni do paralotniarzy, chociaż lądowanie na prywatnej posesji może skończyć się wysokim mandatem. 
     Podjechaliśmy na lądowisko. Ma ono wielkość boiska do piłki nożnej, a więc w zupełności wystarczającej do bezpiecznego lądowania. Oczywiście, jest to teren prywatny, więc musieliśmy wykupić tzw. fly card, którą to co pewien czas sprawdzano. Samo "czoło" dolomitów zrobiło na mnie duże wrażenie, gdyż przecież staliśmy na lądowisku około 200 m nad poziomem morza, a szczyty znajdowały się na wysokości 1700 metrów n. p. m. Widać od razu, że różnica wzniesień jest tu znaczna. Jednym słowem — raj dla pilota.
     Na drugi dzień przyszedł czas na pierwsze loty. Jarek odpalił peugeota combi i wyruszyliśmy. 
     Podczas gdy lądowisko jest tylko jedno, w Semnonso, to startowisk jest trzy. Wszystkie znajdują się na kierunku południowym i południowo-wschodnim. A z najwyższego widać czasami Morze Śródziemne i Wenecję. Pierwsze — Costalunga (wysokość 600 m nad lądowiskiem), drugie — Coldiserai (800 m), a trzecie, które nas najbardziej urzekło, Cima (1100 m).
     Najpierw zaplanowaliśmy loty z Coldiserai. Sam wyjazd pod górę po bardzo krętych serpentynach trwał 20 minut, ale widok był wspaniały. W dole przed nami rozciągało się zielone Semonso, a z prawej i z lewej jesiennie zabarwione głębokie wąwozy. Wystartowaliśmy. Lot przebiegał bardzo spokojnie, termika była słaba, a ja nie mogłem nacieszyć się pejzażem. Po dwudziestu minutach lotu dotknąłem ziemi, pozostając dalej pod dużym wrażeniem piękna dolomitów.
     Nadszedł czas podsumowania dnia. A więc nie gdzie indziej, tylko w starej stylowej restauracji "Antica Abazia". Spotykali się tam na wspólnych posiłkach wszyscy, zwłaszcza polscy piloci. Przy tradycyjnej włoskiej muzyce czas spędzaliśmy bardzo miło, delektując się smakołykami i popijając czerwonym półwytrawnym winem "Maribello", które to pochodziło z tutejszych winnic.
     Następnego dnia znów zaplanowaliśmy Coldiserai, jednak wyjeżdżając pod górę miałem wątpliwości, czy wystartujemy, gdyż — niestety — podstawa chmur obniżyła się znacznie. Po przygotowaniu sprzętu (skrzydła Nova Carbon) spojrzeliśmy z Jarkiem w dół, a pod nami rozciągała się piękna biała pierzyna. Słońce zaglądało nam w twarz, rozświetlając jaskrawo chmury. Nie wiedzieliśmy, ze zgęstniały one na tyle, że każdy szanujący się paralotniarz — bez skazy na honorze — po prostu zjechałby na dół samochodem. No cóż, wystartowałem. Dopiero nad samymi chmurami zorientowalem się, że był to błąd. Przyspieszyło mi tętno, a gdy wleciałem w gęstą biel, prawie słyszałem krew przepływającą nerwowo w żyłach. Po kilku niekończących się minutach strachu zerknąłem na wariometr, a do ziemi zostało zaledwie 150 metrów. Mleko jak było, tak było. Nagle, na siedemdziesięciu metrach, wyrwałem się z mgły, a do lądowiska zostało dwieście metrów. Wiedziałem już, że dzień zakończy się optymistycznie.
     Wieczorem mieliśmy z Jarkiem co opowiadać, a koledzy piloci słuchali nas z lekkim uśmieszkiem na ustach. Nauka płynie z tego taka, że każdy lot, choćby najkrótszy, należy dobrze zaplanować, a nie mając pewności co do warunków, panujących w powietrzu, pozostać na ziemi. 
     Kolejne dni były dużo lepsze. Starty przeprowadzaliśmy już z najwyższego miejsca, czyli z Cimy (1100 m). Tam też zrobiłem najładniejsze zdjęcia, czy to w mauzoleum na Monte Grappa, czy z powietrza (1200 metrów nad ziemią).
     Podsumowując nasz wyjazd, myślę, że zdobyliśmy nowe doświadczenia w lataniu górskim, poprawiliśmy technikę lotów, a ponadto poznaliśmy nowe fascynujące miejsce do uprawiania paralotniarstwa.


G a l e r i a
Powiększ! Powiększ! Powiększ!
Powiększ! Powiększ! Powiększ!
Powiększ! Powiększ! Powiększ!
Powiększ! Powiększ! Powiększ!



Robert Jer "mikołaj"

 S k r z y c z n e

     Starzy glajciarze powiadają, że na Skrzycznym jest tylko siedem dni lotnych w roku. Ja, jako realista nie ufający żadnym przepowiedniom, przekonałem się, że mają rację. Plan wyjazdu do Szczyrku skrystalizował się w czasie kursu na L-kę, zorganizowanego przez krakowską szkołę AEROKRAK na naszym lotnisku. Chcieliśmy doskonalić nasze umiejętności w terenie górskim, a Skrzyczne znakomicie się do tego nadawało. Wyjazd na latanie połączyliśmy z wyjazdem wakacyjnym naszych rodzin. Muszę nadmienić, iż jest to problem wielu mężów i ojców, którzy stoją przed odwiecznym dylematem — latać czy przebywać z rodziną.
     Wyjazd został zaplanowany na 30 lipca 2001 roku. Według dłuższych prognoz meteorologicznych w tym okresie zapowiadała się niezła sytuacja pogodowa. W wyjeździe uczestniczyli: Maciek (Ludwik) Weryński, Jarek Strzałka z rodzinką oraz niżej podpisany z rodziną. Na miejsce naszego pobytu obraliśmy malutkie miasteczko o nazwie Węgierska Górka, pięknie położone nad rzeką Sołą, niedaleko zagłębia piwnego ze stolicą w Żywcu. Zamieszkaliśmy w pensjonacie Maryli i Wieśka, znajomych żony Jarka.
     Po przyjeździe na miejsce troszeczkę niepokoiły nas chmury, które zakrywały całe niebo. Lecz już podczas wieczornej integracji nasze obawy rozwiał przemiły gospodarz Wiesiek, który stwierdził, że następnego dnia będzie wspaniała pogoda, a on jako osiadły góral zna się na rzeczy. Rankiem pełni obaw o wiatr stwierdziliśmy, że trafiliśmy chyba na jeden z tych siedmiu dni super lotnych. Wiał równiutki wschód. Ruszyliśmy na podbój Skrzycznego.
     Góra Skrzyczne (1257m npm) to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Stanowi on doskonałe miejsce do uprawiania paralotniarstwa. Można tu równie dobrze wyszkolić się do kategorii L, jak i podnosić umiejętności w lotach żaglowych, termicznych i przelotach, a także, zwłaszcza w zimie, wykonać swój pierwszy naprawdę wysoki lot po L-ce. Deniwelencja wynosi 650 m.
     Na Skrzycznem są trzy podstawowe startowiska. Start nr 1 zlokalizowany jest po prawej stronie wyciągu. Kierunek wiatru E. Jest to startowisko wymagające ze względu na silny żagiel i bardzo silną termikę. Tu nie jest prawdopodobne, że start nie wyjdzie. Ekspozycja startu wymaga wszakże dobrej umiejętności stawiania glajta alpejką. Przed startem należy bezwzględnie sprawdzić linki nośne, ponieważ jest tam bardzo dużo kamieni, gałązek i korzeni. Następnym jest startowisko nr 2 (po lewej stronie startowiska nr 1), popularnie zwane Kaskadą. Kierunek wiatru N i NW, deniwelencja 700 m. Jest to startowisko przyjemne i niestresujące. Jedynie przy odchyłce wiatru NW może występować tendencja do znoszenia glajta na liny orczyka. Trzeba być przygotowanym na skontrowanie glajta w kierunku E. Trzecim startowiskiem jest to na kierunku W, deniwelencja 700m. Znajduje się ono po lewej stronie wieży przekaźnika. Jest to startowisko dla początkujących, trochę stresujące ze względu na bliskość drzew. Lecz przy odpowiedniej prędkości wiatru glajt bardzo ładnie się zabiera. Tam też start jest utrudniony ze względu na kamienie i korzenie. UWAGA! Przy wietrze z kierunku SW — start jest zabroniony! (silny efekt zawietrznej). Bardzo przyjemnie się startuje z trasy FIS-owskiej. Kierunek wiatru N.
     Mankamentem o którym muszę wspomnieć jest lądowisko. Znajduje się ono po lewej stronie wyciągu krzesełkowego. Jest nim łąka państwa Kaimów — popularnie zwana kaimówką. Oprócz niej jest jeszcze obok szereg łąk, lecz lądowanie w porze koszenia traw jest tam niemile widziane. Z pozoru wydaje się ono duże i łatwe do lądowania. Niestety drzewa i krzaki, które przecinają granice łąk tworzą zawirowania i rotory. Szczególnie należy zachować ostrożność przy mocnej termice i silnym wietrze dolinowym E.
     Przed wyjazdem na górną stację udaliśmy się do Szkoły Bezpiecznego Latania, której szefem jest instruktor Witek Sas. Muszę tutaj napisać, iż Witek był moim pierwszym instruktorem, wprowadzającym mnie w arkana paralotniarstwa. Zachęcam wszystkich, aby przed lataniem zasięgnęli informacji o warunkach i możliwości latania w danym dniu. W szkole zawsze znajdzie się kompetentna osoba, u której uzyskacie informacje. Rzeczywiście, warunki były wyśmienite. Wiatr E, około 4 m/s. W powietrzu wisiało już parę glajtów. Witek zachęcał nas, aby poczekać do godziny 13.00, wtedy powinna być idealna termika. Mając trochę czasu zasiedliśmy na Ławie Szyderców w milutkim barze w budynku stacji, popijając zimnego żywca. Zaczynał się jeden z piękniejszych dni tych wakacji.
     Po około dwudziestominutowym wyjeździe wyciągiem na górę, udaliśmy się na startowisko. Naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Na niebie latało już około dwudziestu glajtów, a rozłożonych na ziemi było ze trzydzieści. Nie zważając na tremę i lekki niepokój zaczęliśmy się przygotowywać do startu. Start w tym dniu był dość specyficzny jak na nasze doświadczenia. Należało się przygotować na trasie FIS-owskiej, aby później podejść na strome startowisko wschodnie i czekając, aż zwolni się miejsce na start rozłożyć się i wystartować!!! Łatwo powiedzieć. Chwilę przyglądaliśmy się jak to robią zawodowcy i stwierdziliśmy, że nie na darmo było bieganie z glajtem po lotnisku, więc sobie poradzimy.
     Pierwszym odważnym został Jarek. Jego szeleszczący Carbon stawiał trochę opór, lecz poszedł w górę bez zbędnych trudności. Drugim z kolei śmiałkiem byłem ja na zielonym UP z charakterystycznymi łatami po trudnych przejściach. Ręce mi drżały jak podczas jakiejś febry, ale — o dziwo — start poszedł łatwiej niż myślałem. Zresztą kierownikiem lotów był jak zwykle niezawodny Ludwik, więc nie mogło być inaczej! Po odejściu od stoku od razu zabrał mnie mały komin z jakiś 1,5 do góry. Nie zdążywszy nawet zrobić dwóch kółek dostałem się w noszenie 3 , a nawet 4 m w górę. Moje szczęście mąciła tylko ilość glajtów w powietrzu. Jak na mój gust to troszeczkę za dużo. No cóż, należało dobrze kręcić głową i szanować prawo drogi. Rzeczywistość przerosła moje marzenia. Nosiło wszędzie! Co rusz widziałem czerwonego Carbona Jarka nad sobą, aby za chwilę patrzeć jak kręci zawijasy w kominie poniżej.
     W pewnym momencie zrobiło się jakoś dziwnie chłodniej i szaro. W tym szczęściu wspaniałego latania okazało się, że wkręciłem się w chmurę. Jako, że zdażyło mi się pierwszy raz, trochę się zaniepokoiłem. Wyobraźnia zaczęła podpowiadać o śmiałkach, których chmura wciągnęła i wypluła pięćdziesiąt kilometrów dalej. Wario wskazywało jakieś 3,5 w górę, więc założyłem klapy i ...qrcza 1,5 dalej w górę. Dołożyłem speeda i powolutku uciekłem z szarej mgły, która mnie chciała zabrać do siebie. Po dwóch godzinach latania nad Skrzycznem zaczęło robić się głodno i chodno. Dolatując do Jarka, który niestrudzenie kręcił w kominie, krzyknąłem, żeby zlecieć na porcję kotleta żywieckiego. Uśmiech na jego twarzy wyraźnie sugerował podobny pomysł. Po jakich czterdziestu minutach siedzieliśmy w Loży Szyderców. Popijając zimny browar obserwowaliśmy wspaniały widok, jakim jest widok około siedemdziesięciu glajtów, które unosiły się nad szczytem Skrzycznego. W tym pięknym dniu jeszcze kilka razy wzbijaliśmy się w powietrze, aby smakować przyjemność latania w tak dogodnych warunkach.
     Po wspaniałym dniu udaliśmy się pełni wrażeń do pensjonatu. Czekał na nas pyszny bigos, przygotowany przez wspaniałego gospodarza Wieśka. Zrewanżowaliśmy się opowieściami z wspaniałego dnia oraz licznymi dowodami wdzięczności w postaci przepysznego browaru żywieckiego. Przepowiednia, którą słyszałem sprawdziła się w naszym przypadku prawie stuprocentowo. Dni takich, jak opisałem powyżej przytrafiło się nam w ciągu dwutygodniowego pobytu — cztery. Oprócz tego było kilka dni, podczas których wykonywaliśmy głównie zloty oraz nawiedzały nas po trochu klapy, fronsztale, nie wspominając o rotorach na linii wyciągu krzesełkowego.
     Wyjazd na latanie do Szczyrku uważam za udany i jednocześnie wnoszący sporo nowych doświadczeń. Skrzyczne moim zdaniem jest miejscem do latania dosyć wymagającym, ale pozwalającym uzyskać sporo przydatnych umiejętności do latania, a w szczególności w górach.