M e n u

  Stowarzyszenie
  » home
  » news
  » aktualne
  » wpisy
  » chat
  » kontakty
  » w mediach
  » co sądzisz...
  » tapety
  » bannery

  Powietrze
  » paralotnie
  » spadochrony
  » lotnicze

  Woda
  » wodne

  Ziemia
  » naziemne

  Paraturystyka
  » St. Hilaire
paraturystyka



Robert Jer "Mikołaj"

W y j a z d   d o   S t .   H i l a i r e     14 — 22. 09. 2003



      Wreszcie opuściliśmy "chałupę"! Był niedzielny poranek. Po zapakowaniu glajtów i szpeju ruszyliśmy w długą drogę do St. Hilaire de Tuvet we Francji. Podróż przebiegała dość monotonnie, połykaliśmy kolejne kilometry niemieckich i francuskich autostrad. Ciekawie zaczęło się koło Grenoble, kiedy to naszym oczom ukazał się okazały masyw górski, wysoki na jakieś tysiąc metrów. Niecierpliwie rozglądaliśmy się za jakimiś paralotniami na niebie. Zobaczyliśmy je dopiero w Lumbin, gdzie było oficjalne lądowisko glajtowe i nieco dalej — lotniowe. Snuły się leniwie wzdłuż strzelających pionowo w górę skał. Wyglądało to dosyć sennie, a że jest naprawdę ostro mieliśmy się dopiero przekonać. Z lądowiska do St. Hilaire wiedzie jedenastokilometrowa droga tak stroma, że nasz "hajabus" musiał wręcz jechać czasami na "jedynce"!
      W miasteczku, przez które przejeżdżaliśmy, przyglądaliśmy się przygotowaniom do festiwalu. W osławionym St. Hilaire corocznie odbywa się Festival International Du Film De Vol Libre, poświęcony lotnictwu i związanym z nim sprawom. Równolegle organizowany jest festiwal Coupe Icar. Prezentują się tam różni śmiałkowie, którzy startują z zielonego dywanu i latają, zadziwiając swoimi przebraniami i pomysłowością. Po dotarciu na camping i rozłożeniu namiotów, udaliśmy się na rekonesans startowisk i miejsc, w których mieliśmy latać.
      Miasteczko położone jest na wysokości około tysiąca metrów n. p. m. Znajduje się w malowniczej dolinie dwadzieścia pięć kilometrów od Grenoble. Jest to trochę dziwna dolina, bo składająca się jakby z dwóch półek. Dolina ograniczona jest wysoką i ostrą skałą, przy której lata się na żaglu, następnie jest mały pas płaskiego terenu, na którym znajduje się miasteczko St. Hilaire, a później ostry i wysoki masyw Sześciu Zębów, który dość skutecznie zasłania horyzont. W St. Hilaire są dwa startowiska. Festiwalowe z zielonym dywanem, trochę stresujące przy pierwszym starcie i drugie bardzo łagodne, z możliwością bezpiecznego przerwania startu. MY startowaliśmy głównie z trawiastego, chociaż nie odmówiliśmy sobie także przyjemności startu z zielonego dywanika.
      Latanie w St. Hilaire mnie zaskoczyło. Jest bardzo specyficzne i inne niż to, którego do tej pory zaznałem. Przede wszystkim lata się tam na żaglu. Jeśli jest termika, to bardzo ostra i turbulentna. Kominy ciasne i porwane. Lata się przede wszystkim na wydmuchach wzdłuż skał. Można zrobić bez problemu przelot do Grenoble i z powrotem. Oczywiście trzeba mieć dobrą psyche, aby wozić się na żaglu przy zamkniętym liczniku i mijać się ze skałą prawie dotykając jej stabilem! Przekonała się o tym Marta, kiedy polecieliśmy na przelot do Grenoble.
      Marta leciała z Ivem, starszym miłym Francuzem, który zaofiarował zrobić przelot tandemem za przysłowiowego browara. Lecieli na dość szybkim skrzydle — bodaj, że UP. Miałem trochę trudności z dotrzymaniem im prędkości, ale za to widziałem doskonale, jaką mieli czasami windę w górę i w dół! Myślałem, że po tym locie Marta da sobie spokój z lataniem, ale rozczarowałem się bardzo, kiedy zobaczyłem jej uśmiechniętą minę po wylądowaniu.
      Przez pierwsze trzy dni mieliśmy dość komfortowe warunki latania. Było trochę turbulentnie, ale nie za gęsto. Jednak w miarę, jak zbliżał się festiwal na małym odcinku skały stawało się naprawdę ciasno! Nie dość, że latało naraz ze sto glajtów, to w powietrzu brylowali goście z SATa. To, co wyprawiali bracia Rodrigez i spółka, przechodziło ludzkie pojęcie. Saty, helikoptery, negatywki, czy potrójna kanapa w wykonaniu temu Dark Dog, to był nasz codzienny widok. Sami oczywiście też staraliśmy się błysnąć jakimiś sztuczkami, może nie takimi jak zawodowcy, ale chociażby pierwsza spirala Jarka, którą wykonał, na pewno zwróciła uwagę niejednego glajciarza!
      Czas płynął nieubłaganie, uzmysławiając nam bliski koniec naszej przygody. Lecz przedtem czekały na nas słynne pokazy dziwnych ludzi latajacych, startujących na festiwalowym zielonym dywanie. Czegóż tam nie było? Świetna była para w przebraniu księdza i zakonnicy. Odegrali cały show, by później wsiąść na swoją lotnię i odlecieć, błogosławiąc całą publiczność. Bardzo pomysłowy był gość, przebrany za winogrono! Nawet udało mu się wystartować, chociaż kilka baloników — czytaj winogron — poleciało w swoja stronę. Ciekawie zaprezentowali się goście z ciepłej Hiszpanii, odwołujący się do motywów staroegipskich. Była piramida tudzież sfinks i sarkofag!!! Nawet głośnym płaczem zawodziły niewolnice! Lecz to było mizerne w porównaniu z tym, co zaprezentował skośnooki gość z temu Durex. Kamikadze, jak go nazwaliśmy, po przygodzie z podwózką Jarka i innych pokazał się z trumną na ramieniu, coraz to strzelający ze swojego karabinu maszynowego. Start był prawdziwym majstersztykiem! Jak w prawdziwym kondukcie pogrzebowym czterech gosci pochwyciło trumnę i poniosło w stronę "wiecznego spoczynku", po czym opuścili ją do grobu... — przepraszam, wyrzucili w przepaść, a Kamikadze poszybował w trumnie na swoim glajcie! Oczywiście gość nie byłby ekstremalny, gdyby co jakiś czas nie przyleciał nad dywanik i nie pozdrowił zebranej publiczności.
      Ciekawie przebranie zaprezentował pewien Francuz, startujący jako budka ogłoszeniowa. Był też angielski policjant"Bob". Nie zabrakło ponadto polskich akcentów na głównym starcie. Glajciarze z warszawskiego "Gekon Glaid Club" wysłali kumpla w przebraniu Małysza. Nasz dzielny skoczko-glajciarz poszybował z pięknego startu. Czy był telemark przy lądowaniu, czy nie, nikt nic nie wiedział. Jednak najciekawszą okazała się bardzo duża ważka. Miała jakieś sześć metrów długości i o dziwo jakimś cudem wystartowała! W locie nad startowiskiem wyglądała bardzo majestatycznie i i pięknie. Oprócz tej świetnej imprezy, która była zorganizowana perfekcyjnie, odbywały się targi sprzętu paralotniowego i lotniowego. Można było zaopatrzyć się w kompletny ubiór pilota paralotniowego, kompletny sprzęt do latania oraz wszelkiego rodzaju "szpej" przydatny przy lataniu. Oczywiście całemu temu"zamieszaniu" towarzyszyły koncerty, party i spotkania w gronie glajciarskim.
     Niestety po tygodniowym pobycie pod gościnnym niebem w Saint Hilaire należało powrócic do domciu. Każdy z nas przeżył coś wspaniałego i niesamowitego. Marta miała swój pierwszy lot w mocnej termie, Jarek pierwszą mocną spiralę, Krzysiu konkretne latanie w trudnych turbulentnych warunkach. Byłem pod wrażeniem całej świetnie zorganizowanej imprezy oraz całej otoczki związanej z lataniem. To silne przeżycie. Oczywiście, wracaliśmy do domu z głębokim przekonaniem, że za rok na pewno tam się znowu udamy.



Robert Jer "Mikołaj"

 S t .   H i l a i r e



     W St. Hilaire czas przestaje płynąć. W St. Hilaire najpiękniejsze marzenia się urealniają. Stają się czymś, po co można sięgnąć w każdej chwili.
     Już za Grenoble ujrzeliśmy wysoką pionową skałę, która dowiodła nas do miejsca naszych dążeń i zakusów. Wbrew przeciwnościom i trudnościom, jakie towarzyszyły nam przed wyjazdem, cała nasza czwórka ochoczo zadzierała teraz głowy, aby dostrzec ten malutki skrawek zielonego dywanu głównego startowiska, który starał się nam pokazać pewien "glajciarz". — Spełnią się tam dzisiaj nasze ambicje — orzekliśmy zgodnie. Rzeczywiście startowisko było przednie. Całe pokryte zielonym dywanem, na którym mogło pomieścić się na raz z dziesięć glajtów.
     Postanowiliśmy najpierw zadbać o dach nad głową. Jednak tuż po zainstalowaniu się na campingu czym prędzej pognaliśmy na startowisko. Mimo wszystko wybraliśmy nie to oficjalne, ładne, festiwalowe, ale inne, skromniejsze i nie tak bardzo stresujące. Jak się później okazało, dostarczyło nam ono więcej adrenaliny niż tamto z zielonym dywanem.
     Pierwszym uczuciem, które towarzyszyło mi po oderwaniu się od ziemi, była wielka radość. Pomimo wielkiego zmęczenia i stresu, związanego z nowym miejscem, start się udał. Momentalnie poczułem, jak wielka siła wydziera mnie wzwyż. Znalazłem się na skraju wydmuchu wielkiej pieprzonej skały. Poszedłem gwałtownie około osiem metrów w górę, po czym wpadłem w głęboką ciszę. Zdziwiłem się jak jakiś żółtodziób, gdy skrzydło strzeliło nagle do przodu jak rwący ogier. Starałem się je powstrzymać. Cóż z tego, kiedy było już na wysokości moich butów. Potem nagle usłyszałem szum powietrza, gdyż zaczęła się jazda w dół. Co za piękny widok, kiedy znowu skrzydło nad głową. To był dopiero początek. Połowa skrzydła stwierdziła, że chce zobaczyć skałę z bliska, więc dawaj mnie w rotacje. Ale byłem już czujny. Szybki przechył ciałem, dodanie sterówki i... jestem spokojny. Mam cię! Sterówki oplatam w dłonie i łapię za mordę glajta. Wiec to tak wygląda turbulencja?! To marzenia maja taką namacalną formę. Nic z tego. Wystarczy, iż pomyślę o tym, iż jechałem tu bite dwadzieścia trzy godziny. Zwisa mi ta turbulencja, olewam te kopnięcia! Biorę się w garść i próbuję po naszemu, po lotniskowemu. Żebranina do oporu. Gdy mam już jakieś z trzysta pięćdziesiąt nad start, przychodzi odprężenie. Rozglądam się, szukając Krzyska i Jarka. Na pewno gdzieś krążą w roju innych glajtów, starając się "ocaleć" jak z jakiejś bitwy lotniczej. Są. Już wiem, że dzisiaj nasza kolacja bardzo się przeciągnie! Jednak żadna myśl nie wytrąca mnie z równowagi. Cały czas zakładam pomimo bardzo ciasnych kominów i mocnych kopnięć! Jazda niesamowita. Dawno nie przeżyłem takiej windy. Bardzo mnie to rozkręciło. Co jakiś czas robię sobie przerwę w krążeniu i oglądam panoramę Saint-Hilaire. Jest wspaniała. Na północnym zachodzie piękny widok monumentalnej skały o nazwie Sześć Zębów. Jest cholernie wysoka. Pomimo tego, że wyniosło mnie ponad siedemset metrów nad start dalej przesłania mi horyzont. Pewnie ma z tysiąc nad start, jeśli nie więcej. Dzisiaj chyba tylko tyle. Nikt wyżej nie wykręca. Inwersja niestety nie puszcza wyżej. Trochę to dziwne. Przy tych wspaniałych warunkach taka termika?! Jak się w następnych dniach okazało, są tu właśnie tak specyficzne warunki latania. Ale za to jakiego latania! Po drodze na lądowisko robię parę wygibasów, no i oczywiście obowiązkowo spiralę.
     Czas stanął faktycznie w miejscu. Tak mną wytarmosiło, że nie zwróciłem na to uwagi. W ogóle w St. Hilaire płynie inaczej. Magia tego miejsca pozwala odgrzebać zapomniane pokłady radości i doświadczyć nieskrępowanej wolności, tak tłamszonych w szarzyźnie naszego życia.



<..HOME